Listopad 2000 Lima, Peru
Dzis siedzialem przez pare godzin prubujac spisac z tasmy wideo nakrecona jedna z rozmow z Ojcem Edmundem Szeliga .Staralem sie opisac dokladnie ale niektore wypowiedzi zostaly skrucone.koncowe uwagi o zastosowaniu ziol zostaly dodane z innego wywiadu.nastepnym razem po powrocie z tego wyjazdu Dziki Mietek w czasie wedrowek bede zagladal na adres internetowy mozna tez kontaktowac:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Od marca 2008 przebywam na stałe w Peru Nijandari -La Merced,chanchamayo,Junin
Gdzie kończe budowę kliniki -Nauka nie poszła w las więcej info w kontaktach a zdjęcia można obejżeć w Galerji/peru/la merced/budowa
uzupełnione 12 października 2009 r.
sie przez moja strone http://www.dzikimietek.com
ROZMOWA Z OJCEM SZELIGĄ Listopad 2000r.
Ojciec Szeliga – O Mieczysław Sobczak – M Piotr Styczyński - P
M – Z tego co widzę wokół ojca zrobiło się wiele szumu. Wielu ludzi, chce wykorzystać Pana popularność dla swych przyziemnych interesów. Na przyklad instytut w Londynie – Andean Medicine Centre, na początku był tylko dystrybutorem ziół dla IPIFA, teraz się usamodzielnił i rozrósł w poteżny osrodek, coraz mniej mający wspólnego z czystymi ziołami z Peru (sprzedaje głównie extrakty i kapsułki oraz wyciągi z ziół peruwiańskich). Mam dziwne przeczucie, że komuś bardzo zależy, żeby zdyskredytować Ojca i Curanderos i wrócić do chemicznego leczenia, bo na przyklad w Stanach wystarczy, ze jakiś produkt posiada 5-10% zawartości skladnika naturalnego i juz go mozna podawac jako 100% czysty – naturalny.
O – Na początku Oni mieli dobre chęci ale popularność, rozgłos i dużę zapotrzebowanie na tego typu kuracje, większość ludzi potrafi zepsuc (dużę pieniadze) Każdy chciałby jak najszybciej wyzdrowieć i możliwie jak najtańszym kosztem (najmniej bolesnym). Ale tym wszystkim kierują wyższe siły i musi nastąpić pewne przesilenie, żeby ludzie wrócili do natury. Gdyby oni kierowali sie tym co ja robie a nie szli na komercję robiąc szampony, cukierki, mydełka, lub jak ktoś powiedział „Szelige w tabletkach”, dalej bym za nich się modlił i im błogosławił, ale ludzie lubią błądzić i uczyć sie głównie na swoich błędach, często cudzym kosztem, czasami z przykrymi konsekwencjami.
M – Na temat takich pomyłek Indianie mają swoje powiedzonko „zły duch zawsze by chciał czynić źle ale nie zawsze mu to wychodzi wiec czasami czyni dobrze”.
O – Ja to wszystko widzę i nie tylko błędy ich ale wielu, z którymi się spotykam. Odnośnie Londynu – ja często im powtarzałem, że gdyby wykorzystywali te informacje, które im przekazałem i na tym głównie bazowali, nie byłoby tyle kłopotów i rozgoryczeń.
M – Chciałbym nadmienić, że u nas – w Arizonie – Indianie leczą podobnymi metodami, więcej używając energi, prowadząc tzw. ceremonie oczyszczające, wzmacniające, gdyż jak mówią, najważniejsze jest doprowadzenie do rownowagi tych delikatnych sił bioenergi. W związku z tym, że roślinność u nas jest bardzo skąpa (bardzo mało opadów i góry – w przeciwieństwie do dzunglii) dlatego zioła używają tylko jako uzupełnienie dla potrzeb ciała, gdyż wszystko jest energią i zarówno zioła jak i ceremonie wzmacniają komórki naszego ciała i doprowadzaja balansu. Z tego co widzę, tutejsi Curanderos też sporo działają przy pomocy energi, też robią ceremonie połączone z paleniem fajki i przy ognisku, gdyż ogień jest ważnym elementem przy tego typu spotkaniach – niezlaeżnie od szerokości geograficznej.
O – Ale proszę zauważyc, że w naturze ludzkiej, zwlaszcza ludzi z dużych miast, którzy już dawno oddalili się od natury, że Ci ludzie, którzy nie widzą czegoś konktetnego, obiektywnego i namacalnego po prostu nie mogą uwierzyć w energię. Po prostu ich wiara jest na etapie początkowego wierzenia, związanego z naszymi zmysłami. Choć niektórzy słyszeli o energoterapi, czakranach o energiach kamieni i ziół, o tym że można zdalnie pomóc człowiekowi, o polaryzacji ciała i aurze (otoczce energetycznej naszego ciała) – to jednak trudno im uwierzyć, ze prości Curanderos potrafią to widzieć i mało tego, właściwie interpretować. Można to porównać, że jak lekarz, widząc wyniki badań, może postawić właściwą diagnoze, dzięki dużej praktyce i wielu lat nauki – tak ci prości ludzie poprzez praktykę, zjednanie się z natura, z dala od zgiełku zagonionej cywilizacji potrafią interpretować właściwie aurę i na jej podstawie serwować odpowiednie zioła i ich mieszanki, które każdorazowo dobieraja starannie dla każego człowieka.
M – Czy jest możliwe, dla przeciętnego mieszczucha, nawiązanie kontaktu z tymi Curanderos?
O – Po pierwsze trzeba znać przynajmniej hiszpański lub mieć dobrego tłumacza, być do nich pozytywnie natawionym, bo bardzo łatwo ich do siebie zrazić.
P – W jaki sposób z nimi rozmawiać aby ich nie urazić?
O – Nie można im pokazać lub dać odczuć swojej pozornej wyższosci, traktować ich jako ludzi dżungli, ludzi o dużej wiedzy i doswiadczeniu życiowym. Trzeba liczyć się z tym, żę ich wiedza o roślinach, zwierzętach i otaczającej ich dżungli jest na pewno większa niż nasza. Nigdy nie należy im dać do zrozumienia, że mamy w tym jakiś interes osobisty, aby wykorzystać ich wiedzę i umiejętności w niewłaściwym celu (dla pieniędzy). Gdy zadajemy pytania starajmy się słuchać ich uważnie i nie naśmiewajmy się z ich prymitywnych czasami sposobów wytwarzania ich mikstur i maści oraz nalewek. Mi udało sie z nimi nawiązać kontakt. Kiedy przebywałem u nich, zauważyłem, że dzieci miały opuchnięte brzuszki, ale to samo dotyczyło też niektórych dorosłych. Domyśliłem się, że prawdopodobnie maja sporo pasożytów przewodu pokarmowego a że wcześniej miałem kontakt z innymi plemionami więc zastosowałem Sangre de Drago, nieznane u Piros. Przez to, że pomogłem ich dzieciom zdobyłem ich zaufanie. Oni mi zaczęli pokazywać zioła, których nie znałem i uczyć ich stosowania. W ten sposób jakby przybliżałem ich do siebie. To trwało około 3 miesiecy aż zrozumieli, że nie mam żadnego interesu ich wykorzystać ani nadużyc ich zaufania, tylko im pomóc. Zawoziłem im różne ubrania i rzeczy potrzebne na codzień w dżungli, przywożac je głównie z Cusco lub później z Limy. Dużo im też zawiozłem nasion pomidorów, ogórków, kapusty, rzodkiewki, marchwi oraz ziemniaków i nauczyłem ich uprawiać, gdyż większość z tego nie była im znana w tym miejscu(.Ziemniaki są znane głównie w górach) To im się bardzo podobało, gdyż urozmaicało ich stosunkowo prosty jadłospis. Od tej pory przestali być tylko chodzącymi żołądkami a zaczęli uprawiać ziemię.
M – Przebywając w okolicach Atalayi przez tłumacza rozmawiałem z miejscowymi ludźmi. Widząc ich trudne i twarde życie twierdze, że nie wolno gwałtownie wchodzić z naszą cywilizacją i maksymalnie zachować tą istniejącą subkulturę, gdyż ludzie zmęczeni życiem w miastach chętnie odpoczną z dala od tego zgiełku i zobaczą, że jest możliwe inne życie. Ludzie chętnie zapłacą za ten prymityw, czy mieszkanie w chacie skleconej z drzewa i pokrytej liśćmi palmowymi, zjedzą chętnie obiad gotowany prymitywnie na ognisku czy napiją się miejscowych trunków (np. Masato czy Chuchuwasi). Ale chcieliby, żeby to była pewna baza, że przyjedzie sie na miejsce i będzie sie miało przynajmniej materace do spania i że nie trzeba tego wszystkiego kupować i targać ze sobą. Ludzie chętnie zapłacą za używianie miejscowych domów. (Taka wyprawa do dżungli wiąże sie z kupowaniem dużych zapasów jeżeli się jedzie w większej grupie, kupowaniem materaców, latarek, namiotów itp. I nie wiadomo później co z tym zrobić, gdyż transport pomiędzy miejscowosciami jest najczęściej łódką lub małymi samolotami a to wszystko waży i zajmuje niepotrzebnie miejsce.)
O – Uważam, że tym ludziom trzeba pokazywać, że można sobie poprawić byt przez lepszą organizację i utrzymywanie tego wszystkiego w naturalnej postaci. Troche zadbanie o swoje obejście i minimum higieny i dać im do zrozumienia, że bez pomocy z zewnątrz mogą sami wiele zdziałać na styku naszej cywilizacji, nie niszcząc swojej. Na przykład Unia de Gato, czyli popularna Vilcacora, pnącze stosunkowo łatwe do uprawy aby nie niszczyc dżungli trzeba ja rozpropwadzić jej pędy poziomo po krzakach i wtedy łatwiejsza jest do zbiorów i nie niszczy sie drzew po których się pnie. Tak samo łatwo jest uprawiac drzewa Sangre de Drago, które można sadzić na plantacji bananów i uzyskiwać z nich sok.
P – W jaki sposób by można na dzień dzisiejszy pomóc tym ludziom?
O – Bardzo potrzebują Oni używanej odzieży, najlepiej o dużej zawartości bawełny (ze wzglEdu na wysoką temperature i dużą wilgotność). Ponadto dzieciom przydałyby się przybory szkolne jak dlugopisy, olówki i zeszyty. Proszę nie przesyłać żadnych medykamentów, gdyż nie chciałbym ich przyzwyczajać do chemii. Na potrzeby bieżące mają dobrze rozwiniętą fitoterapię (ziołolecznictwo).
Biografia Ojca Szeligi wedlug jego własnych opowiadań.
Jestem Polakiem, urodziłem się na Górnym Śląsku, wtedy jeszcze pod zaborem niemieckim – w Starych Tychach, 9 listopada 1908r. Moje pierwsze wspomnienia były dość ciężkie. Kiedy zacząłem chodzic do niemieckiej szkoły wybuchła ,I Wojna Światowa i mojego tatusia zabrali właśnie do wojska i wiecej go nie ujżałem. Została tylko moja matka z pięciorgiem małych dzieci i musiała sie tak ciężko borykać, żeby nas utrzymać i wychować. To była prawie„święta kobieta”. Swoją cięzka pracą i modlitwami dawała nam przykład przezwyciężania piętrzących sie kłopotów i trudności. Szkołę Powszechną rozpoczętą w języku niemieckim dokończyłem w Tychach po wyzwoleniu. Potem dostałem sie do Zakonu Selezjanów w Oświęcimiu, gdzie skończyłem Gimnazjum. Po ukończeniu Gimnazjum zostałem w zakonie w Oświęcimiu. Tam zrobiłem Nowicjat. W 1926r. zostałem wysłany na Uniwersytet Jagielloński, na filozofię bo moim marzeniem był wyjazd na misję. W 1928 roku odalem swoje życie na posluge innym i przełożeni przysłali mnie do Peru. Byłem jeszcze wtedy młodym, pełnym zapału człowiekiem. Nauczyłem się szybko hiszpańskiego i za rok po swoim przyjeżdzie zostałem nauczycielem matematyki. Jako pedagog pracowałem 4 lata i w póżniejszym okresie miałem pod sobą około 350 miejscowych nauczycieli. Oprócz tego uczyłem w Szkole Powszechnej. Po 5-letnim pobycie tutaj pojechałem do Włoch na wyższe studia teologiczne w Instytycie Międzynarodowym w Turynie. Tam otrzymałem wyższe święcenia kapłańskie i krótko po tym wybuchła II Wojna Światowa. Przed wybuchem wojny miałem jednak szczęscie pojechac jeszcze do Polski, gdzie odbylem moja msze promicyjną. Matka czesto wspominała, ze przez cały czas modlila się do Matki Boskiej, żebym mogł odprawić swoja pierwszą msze w Tychach – i tak sie stało – czyli wymodliła. Zaraz wyjechałem do Peru, było mi łatwiej bo już znałem hiszpański i przełożeni zaraz zrobili mnie dyrektorem studiów w Cusco i tam wlaśnie w Cusco miałem okazję (przeważnie podczas wakacji) poznać okoliczne szczepy, ich kulturę i historię tego rejonu. Spośród wielu szczepów najbardziej zainteresował mnie bardzo ludny szczep Piros (co w ich języku znaczy „ludzie rzeki”). Z tymi Indianami związałem się na dłużej. Tam właśnie, na brzegu rzeki Urabamba. Zorganizowałem im osiedle troszkę na wzór innych szczepów, które było dla większości z nich czymś zupełnie nowym. Teraz próbuję zrobić to bardziej nowocześnie, bardziej „cywilizowanie”. Jak wspominalem wcześniej, uczę ich uprawiać rosliny, budować solidniejsze domy. Uważam, że na tym polega nowoczesna ewangielizacja, żeby pokazywać im dbałość nie tylko o sprawy duchowe ale też doczesne – cielesne. Uczę ich uprawiać Vilcacorę, bo uważam, że za parę lat tak rabunkowej eksploatacji dzikiej Vilcacory, może ona całkowicie wyginąć ,Przynajmniej będzie mocno wyniszczona. Myślę, że jeżeli się to uda - bedzie to dobrym źródłem ich utrzymania. Dzisiaj dziką Vilcacore wywozi się setkami ton głównie do Japoni, Rosji, USA i Europy. Dlatego Chciałbym, abyśmy my – Polacy mogli pomóc stworzyć taką fundacje, żeby dopomóc finansowo i technicznie, aby wyszkolić miejscowych ludzi i przyuczyć ich do uprawy. Sam dbam o to, żeby coraz wiecej młodzieży plemiennej uczyło się w szkołach. Kosztem wielkich starań załatwiłem, że teren który zamieszkują jest ich własnością. Kilkoro zdolnych Indian udało mi się umieścić na uniwersytecie. Chciałbym w przyszłosci aby ta fundacja pomogła zorganizować szkoły dla tych indian, aby podnieść ich poziom wykształcenia – głównie technicznego. Fundacja ta na razie jest bardzo biedna, gdyż ja nie jestem milionerem, mało tego, jako zakonnik składałem śluby ubóstwa, dlatego wszystko co dostaje od ludzi za recepty i w formie datków przecnaczam na tą fundację. Z góry dziękując za wszelką pomoc dla tych indian tak rzeczową jak i finansową pragnę aby wysiłkiem naszych rodaków tak w Polsce jak i poza jej granicami można by było tej fundacji pomóc. Chciałbym zorganizować kilka takich laickich punktów, czy to w Polsce, czy w Toronto lub Chicago czy Nowym Jorku lub innych skupiskach Poloni aby pomóc im bo o tych indianach niewiele się słyszy. Praktycznie nikt ich nie odwiedza są z dala od uczęszczanych szlaków turystycznych, dotarcie do nich zabiera wiele dni – jedyna komunikacja – to rzeką. Zyją praktycznie w sercu dżungli w pobliżu lagun i dopływów Urabamby – jakby zapomnienie przez wszystkich. Komunikacja z nimi jest prawie zerowa. Szczep ten posiada około 18 tys. osób. Ich osady są bardzo oddalone od siebie – praktycznie nie mają kontaktu między sobą. Największe osady liczą 100 mieszkańców. Powierzchnia terenu, ktory zamieszkują jest wielkości połowy Polski. Główne centrum nazywa sie Mija Rija (około 250-300 rodzin). Wszystkich klanów i wspólnot jest około dwudziestu. Dlatego chciałbym zacząć działalność od tego centrum, aby mogło promieniować na pozostałe grupy. Najważniejszą rzeczą, ktorą udało mi się zrobić było załatwienie tytułu własności na 25 tys. ha., na którym w przyszłości bedą mogli uprawiać rośliny lecznicze. Zajęło mi to 3 lata. Udało mi się też zbudować małą szkółke powszechną i takie centrum medyczne aby można bylo udzielać pierwszej pomocy i dokształcać miejscowych Curanderos i kandydatów na nich, głównie z dziedziny biologii, anatomii itp. Jest to ośrodek, gdzie ci Curanderos z różnych małych osad-wiosek rozsianych po dzunglii, wymieniają bogate doświadczenia między sobą. Udało mi się zakupić dla tego ośrodka łóżka, materace i podstawowe wyposażenie. Teraz planuję zorganizować tam wyższą szkołę pedagogiczno-techniczną, kształcącą miejscowych nauczycieli, aby mogli później nauczać w innych ośrodkach, które w przyszłosci na pewno uda się stworzyć. Zależy mi też na tym aby uczyć przyszłych techników agrealnych (rolnych) aby mogli uczyć innych lepszego bardziej oszczędnego wykorzystania isniejących zasobów dżungli. To jest jeden z tych programów, które chciałbym zrealizować przy pomocy tej fundacji. Uważam, że przez pierwsze 3 lata od założenia plantacji będą same tylko wydatki zanim zacznie przynosić minimalne zyski. Dopiero po 7 latach plantacja może być zyskowna dla plemienia. Największym problemem tam, z dala od rzeki, w okresie zimowym(mało opadów) jest problem wody, ktorą trzba używać do podlewania plantacji. Dlatego trzeba sporo zainwestować w system irygacyjny i pompy. P – Ojcze jest określony tryb życia, który Ojciec prowadzi, gdzie dożył tak sędziwego wieku w tak doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej. W jaki sposób Ojciec to robi?
O – Mam wrażenie, że nie jest to żadną tajemnicą. Moją zasadą życiową było używać wszystko ale w umiarze. Jeść wszystko, pić wszystko ale zawsze w umiarze, bo śląskie powiedzenie „co za dużo to i świnia nie chce” – tak mawiała zawsze moja matka. Nigdy nie robię czegoś w nadmiarze, nie wysilam mojego organizmu nadmiernie ale też się nie lenię bo nadmiar czegokolwiek jest szkodliwy. Jeżeli dogadzasz swojemu żołądkowi i chuciom to szkodzisz swemu zdrowiu.
P – Mówi się, że ojciec w czasie postów nie jada mięsa itp.
O – W czasie postów jadam coś podobnego do ziemniaków oczywiście w małych ilościach – nazywa się to Kamote. To jest podobne do słodkich ziemniaków, posiadające wiekszość protein i witamin oraz minerałów, doskonale okresowo zastępujące potrawy mięsne. Piję dużo wody i czasami żuję naturalne liście Coca (nie mylić z kokainą). Te liście posiadają około 1000 razy mniej kokainy niż Coca uprawiane na narkotyk. Po takim poście człowiek czuje się jakby odmłodzony, ożywiony, jakby jakiś lżejszy i oczyszczony. Poza postem jem dużo ryb, głównie pieczonych na ogniu i surowych owoców i warzyw. Czasami jadam też inne mięsa ale w małych ilościach. Jeżęli chodzi o mięso, głównie czerwone – ja tylko zakazuję jeść ludziom, którzy są chorzy na raka, lub mają problemy trawienne. Potrzeba wytłumaczyć tym ludziom, że proteiny pochodzenia zwierzęcego, których najwiecej jest zawarte w czerwonym mięsie doskonale odżywiają komórki rakowe i wtedy cała terapia mija się z celem. Porównując to, to tak jakby w domu było sporo rozbrykanych dzieci i matka sprzątała a one zaraz za nią śmieciły – czili syzyfowa praca. Te proteiny odżywijąc komórki rakowe wzmacniają je i sąsiednie komórki są osłabione przez monocyty i limfocyty, które się przetwarzają w komórki żarłoczne. Odnosnie Vilcacory – nie ma przeciwwskazań (jedynie w czasie chemoterapii i naświetleń – trzy dni przerwy przed i po zabiegu). Nie posiada ona żadnych składników chemicznie toksycznych, przez to nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Profilaktycznie można pić co parę dni wtedy wzmacznia nasz system obronny (immunologiczny). Jeżeli nie posiadamy kory (Unia de Gato) to z małej ilości możemy zrobić sobie nalewkę na czystej, dobrej wódce lub spirytusie, wrzucając do butelki około 5-10 g. Pociętej Vilcacory stawiając na nasłoniecznonym oknie przez dwa tygodnie. To samo możemy robić ze wszystkich korowych ziół jak Tahuari,Winay-wayna,Chuchuwasi ................................ Nadmiar tych ziół nie może zaszkodzić, gdyż organizm to co niepotrzebne wydali. Sangre de Drago – jest to jeden z najbardziej znanych środków antyseptycznych, zastępujących jodynę i inne specyfiki. Jest doskonały na niegojące sie rany, zwłaszcza ludzi chorych na cukrzycę, ponadto jest doskonały na hemoroidy i na raka przewodu pokarmowego i żołądka. Czy ten płyn jest dobry najlepiej poznać - wziąść jedną kropelkę na zewnętrzną strone dłoni i pocierać palcem. Po dwoch trzech potarciach powinno zrobić się białe ,Jeśli robi się biały po kilku potarciach to znaczy że nie jest czysty. (dopiero tym białym smaruje się rany). Jeżeli chodzi o właściwości lecznicze Vilcacory i pozostałych ziół – są najlepsze, gdy są świeże np. Sok ze swieżo ściętej liany (Unio de Gato) oprócz gaszenia pragnienia co jest ważne w dżungli, z dala od rzeki, ma duże właściwości wzmacniające system obronny. Herbata ze świeżych młodych pędów lub liści działa lepiej nawet niż herbata z kory (przez to oszczędza się bardzo roślinę). Napar z drewna tej rośliny ma też wlasciwości lecznicze (stany zapalne). Serce mi sie kraje, kiedy widzę wycięte całe połacie dżungli, zniszczone, otarte z kory drzewa.Zwłaszcza Winay- wayna.Już na wymarciu -wyniszczona Warstwa ziemi w dżungli jest bardzo cienka i pozbawiona roślinności szybko ulega erozji. Dlatego uczę indian, żeby bez potrzeby nie wycinali ani jednego drzewa.
P – Mamy w Chicago i w Polsce dużo ludzi chorujących na reumatyzm i artretyzm. Co by ojciec polecił?
O – Mamy na to wspaniałą roślinę, która nazywa się Chiriesanango (leczenie przez zimno) pijemy to tylko przez jeden dzień i jak sie pije to odczuwamy zimno ale tylko przez jedną dobę potem to uczucie ustępuje.
To powoduje jakby pobudzenie komórek hrząstki i mazi stawowej po tym stosujemy Molle i Comphrey oraz Chuchuwasi. Napój z Chuchuwasi jest znane pod nazwą Jungo Wisky zalewamy podobnie jak Vilcacorę(Una de Gato) Dobrą czystą wódką i lub jeszcze lepiej spirytusem i stawiamy na nasłonecznionym oknie8-14 dni. Ma właściwości oczyszczające przewodu pokarmowego i żołądka oraz nerek. Vira Sacha maść którą wykonuje się z kożeni paru roślin w tym Comhrey,Sabila oraz Ajo Macho jest doskonałą maścią na bule reumatyczne i stłuczenia oraz nerwobule. Pondto w dzungli rośnie drzewo zwane Culantrillo de Pozo z orzechów wielkości pomarańczy wyrabia się olejek przeciwko łuszczycy ,łupieżowi i wypadaniu włosów. Z dzewa Aceite de Copaiba ściąga się oleisty sok który jest świetny na przeziębienia i zapaleniie ucha. Gdy czujemy że nas grypa lub przeziebienie łapie to wustarczy 1-2 kropelki polizać a gdy mocniej przeziębieni to 1-3 kropelek dziennie i po paru dniach mija. W górach najlepszy napój wzmacniający jest sok z Sabila z miodem odmiana brunatna Aloe Veera Ponadtto warto pamiętać w górach jak Cusco ,Puno i innych miejscowościach o herbacie z liści Coca Doskonale eliminuje problemy z różnicą wysokości najlepiej poprosić w samolocie przed lądowaniem. Swietny jest także sok z Papi z Macą doskonale wzmacnia nasz organizm bo posiada prawie wszystkie łatwo przyswajalne witaminy i wiele mikroelementów. W dzungli jak by nam się przytrafiła Malarja a nie byliśmy szczepieni to nnajlepszy jest kubek gorącej Hininy smakuje okropnie ale po paru godzinach dreszcze i wysoka gorączka mija i automatycznie jesteśmy uodpornieni na powtórne zarażenie. Doskonale odpędza komary zapach szałwi dodaje się ją do ognia lub pali np w popielniczce. Jezeli idziemy na wycieczkę w dzunglę to oprucz maczety i latarki warto zabrać trochę Sangro de Drago Bo nie zawsze można to dzewo spotkać dobre jest na zadrapania ukąszenia komarów itp a przed wycieczką wypić trochę Chuchuwasi ale bez miodu,bo wtedy zamiast odpędzać komary przyciąga je. Można by wiele jeszcze stron napisać praktycznych uwag ,ale nie wiem czy wielu się do nich zastosuje A ponadto za parę godzin ruszam w następną wyprawę do południowej Ameryki jak za każdym razem w inne miejsca po nowe ciekawe wrażenia wrażenia i doświadczenia. Spisał Dziki Mietek Lima ,Listopad 2000 r
|